Park Miniatur i Makieta Kolejowa

sobota, 7 października 2017

Udostępnij ten wpis:
   Kiedy pierwszy raz poszedłem do Parku Miniatur wiedziałem, że muszę go pokazać mojemu tacie. Podobnie jak ja, pasjonuje się modelarstwem i lubi podziwiać, jak coś jest odwzorowane z najdrobniejszymi detalami. A przy makietach z Parku Miniatur tych szczegółów nie brakuje.

Więcej zdjęć na Patrząc na świat


Już wcześniej, gdy pokazywałem zdjęcia, tata był pod ogromnym wrażeniem, ile ktoś włożył pracy i wysiłku w to, aby stworzyć takie cudeńka. Jednakże prawdziwe „wow” pojawiło się dopiero wówczas, kiedy zobaczył je na własne oczy. I mnie to nie dziwi. Makiety wykonane są w skali 1:25 i mogą mile zaskoczyć każdego odwiedzającego. Nawet jeśli nie interesuje się on modelarstwem.



Mimo tego, że byłem tam drugi raz, patrzyłem na te modele i „odkrywałem” je na nowo z zapartym tchem. A może nawet jeszcze intensywniej niż wtedy, gdy byłem tam po raz pierwszy. Starałem się wyłapać każdy najdrobniejszy szczegół, który umknął mi przy poprzedniej wizycie. I mogę się założyć, że gdybym poszedł tam kolejny raz, to znów bym odkrywał prace na nowo i ponownie się nimi zachwycał. A naprawdę warto.



Dla mojego taty była to też okazja, aby powspominać czasy, kiedy był w budowlance i sam budował podobne makiety. Także jak widać nie trzeba było żyć w tamtych czasach, aby można było sobie coś powspominać. Makiety wywołują wspomnienia nawet niezwiązane z nimi bezpośrednio.



Kolejnym naszym przystankiem, jako pasjonatów modelarstwa, był Stadion Narodowy. Czemu akurat on? Co prawda na terenie stadionu znajdują się makiety przedstawiające obiekt, jak i jego przekrój, ale nie to nas tam zaprowadziło. Nas ciekawiła wystawiona tam makieta kolejowa, która jest jedną z największych w Polsce.



Zajmująca 600m2 makieta wykonana jest w skali H0 i ma wymiary 13x28m. Żeby obejść ją dookoła trzeba przespacerować się około 130 metrów. Spacerując można zobaczyć ponad 900m torów, które prowadzą przez różne mosty, tunele, jak i malownicze krajobrazy do różnych stacji i bocznic. Nie tylko tory tworzą sieć komunikacyjną. Gdyby zajrzeć pod spód makiety to naszym oczom ukaże się sieć kabli, o łącznej długości 14km. To właśnie one wprawiają w ruch lokomotywy. Ale nie to nie wszystko, ponieważ makieta jest interaktywna i można za pomocą przycisków uruchomić np. wesołe miasteczko.



Oczywiście sama makieta to nie tylko lokomotywy, wagony oraz tory, po których jeżdżą. To również tysiące drzew, krzewów i miliony ździebełek trawy, które rosną gdzieś na łąkach czy wyrastające między płytkami chodnikowymi. A skoro są łąki i lasy to nie może zabraknąć takich zwierząt jak owce czy jelenie. Oprócz tego można znaleźć tu różnego rodzaju pojazdy, od osobowych i ciężarowych, aż po ciągniki i pojazdy specjalistyczne. Dopełnieniem tego wszystkiego są figurki ludzi, które zostały przedstawione w sytuacjach życia codziennego. A wierzcie mi, makieta tętni życiem. Można zobaczyć panią spacerującą z wózkiem czy parę jadącą na rowerze. Nieco dalej ratownicy ratują człowieka po wypadku, a w jeszcze innym miejscu strażacy gaszą pożar. W wesołym miasteczku słychać śmiech i zabawę, a gdzieś obok w ciszy pan łowi ryby. A to wszystko przy akompaniamencie szumu kół i dźwięków przejeżdżających pociągów.




Makieta jest naprawdę bardzo ładnie wykonana i warto ją zobaczyć. Kto wie, może z czasem się rozrośnie i będziemy mieli jeszcze więcej frajdy ze zwiedzania? Jednak nie wszystko jest tak idealnie, jakby się mogło wydawać. Brakuje mi w niej przykładowo sieci trakcyjnej nad torami, poruszających się po ulicach samochodów, czy jakiegoś większego miasteczka. Ale mimo to naprawdę makietę warto zobaczyć i jestem mega zadowolony, gdyż nie był to zmarnowany czas. Na pewno wybiorę się tam kolejny raz, aby na nowo odkryć to, czego nie udało mi się za pierwszym razem.


Czytaj dalej »

Bieg Ordona i "Zły"

czwartek, 21 września 2017

Udostępnij ten wpis:
   Rok temu na swoim fanpage'u pisałem, że biegi nigdy nie były moją mocną stroną. Mimo to, pobiegłem w Onkobiegu żeby pomóc przy zbiórce pieniędzy. W tym roku także planowałem wziąć udział w imprezie, ale wraz z Olą planowaliśmy zagościć również na biegu Ordona, gdzie startowała wraz ze swoim mężem. Zwieńczeniem całego dnia miał być spacer śladami głównego bohatera powieści „Zły” Leopolda Tyrmanda.



   Jak się później okazało, oba biegi były niemal o tej samej godzinie, przez co niestety musieliśmy zrezygnować z jednego z nich. Zdecydowaliśmy się iść na bieg Ordona, gdyż Ola z Pawłem mieli zapewnione tam pakiety startowe.



   Bieg Ordona na Warszawskiej Ochocie był organizowany po raz trzeci. Ma on na celu nie tylko promowanie biegu, ale również, i chyba głównie, upamiętnienie rocznicy Reduty Ordona.
Bieg nie bez powodu organizowany jest w tej części Warszawy. To właśnie przy Rondzie Zesłańców Syberyjskich znajdowała się rozsławiona przez Adama Mickiewicza Reduta, a właściwie „Działo Fortyfikacyjne nr 54” lub też po prostu „Reduta nr 54”. Obecnie jedynymi elementami informującymi nas o tym wyjątkowym miejscu jest postawiony przez Stowarzyszenie Reduta Ordona pomnik jako symboliczny grób żołnierzy polskich i rosyjskich.




  To właśnie stąd biegacze rozpoczynali bieg w kierunku parku Szczęśliwickiego. Później przemierzając malownicze alejki parku, robili dwa okrążenia pokonując przy tym dystans 5km. Cały wyścig miał prowadzić jeździec na koniu, ale dla części zawodników okazał się być słabym przeciwnikiem. Trasa swoją metę miała koło górki Szczęśliwickiej, gdzie na biegaczy czekały zasłużone medale, a dla najszybszych również puchary i inne nagrody. Puchar i nagrodę otrzymał również najmłodszy i najstarszy zawodnik. Dla niektórych zawodników nie było to chyba większym wyzwaniem, bowiem do mety dotarli już po 17 minutach. Niestety puchary w tym roku nie trafiły ani do Oli, ani do Pawła, acz i tak poradzili sobie świetnie. Całej imprezie towarzyszył piknik historyczny z pokazami aktorów z wykorzystaniem replik dział z okresu Powstania Listopadowego. Po wręczeniu nagród można było nawet usłyszeć huk jaki towarzyszył takiej armacie.



   Kolejnym naszym punktem był spacer ulicami Warszawy z tytułowym „Złym”. Przyznaję bez bicia – nie czytałem. Nie miałem więc pojęcia kim był główny bohater, ani czym się zajmował. Jedynie, co wiedziałem to to, że autor uczynił bohaterami całą Warszawę oraz to, że jest to ulubiona książka mojej siostry. Co mnie skłoniło do tego żeby iść? Chyba w głównej mierze chęć dowiedzenia się kim był główny bohater i dlaczego był „zły”, oraz zobaczenie stolicy „jego oczami”. I powiem szczerze – nie zawiodłem się. Mimo to, że nie znam na tyle miasta i momentami było mi ciężko wyobrazić sobie niektóre miejsca i rzeczy, to naprawdę słuchałem z zapartym tchem.




  Dzięki naszemu przewodnikowi – Adrianowi Sobieszczańskiemu – mogłem nie tylko poznać częściowo historię głównego bohatera, ale również poczuć klimat dawnej Warszawy. Wycieczka, podobnie jak ta po parku miniatur, pozwoliła mi odkryć kolejne ciekawe historie i zakamarki miasta. Pan Adrian nie tylko opowiadał historie o autorze i bohaterach powieści, ale również zdradzał nam ciekawe anegdoty z dawnej stolicy. Między innymi o tym, że do jednej z kameralnych restauracji mogły wejść jedynie osoby w krawacie i marynarce. Ale dokładniej nie będę zdradzał tego, co opowiadał nam przewodnik, ponieważ to trzeba usłyszeć na własne uszy. Naprawdę warto. A ja z pewnością kiedyś sięgnę po tę książkę, by jeszcze raz przenieść się do dawnej Warszawy.




Czytaj dalej »

Ironman Gdynia 2017

piątek, 8 września 2017

Udostępnij ten wpis:
Na warszawski triathlon trafiłem w tamtym roku za sprawą NatBlue. Przez przypadek trafiła na informację, że poszukują wolontariuszy - w tym masażystów - na to wydarzenie. Uznaliśmy, że warto iść zobaczyć jak to wygląda. Impreza oraz ludzie którzy ją tworzyli sprawili, że kiedy dostałem telefon w tym roku z pytaniem czy jestem zainteresowany, to bez wahania się zgodziłem. Była to kolejna okazja, aby pomóc zawodnikom (a raczej ich mięśniom) dojść do siebie po zmaganiach jakich zgotowała im trasa i wywołać na ich twarzach uśmiech ulgi.


Po Warszawskim 5150 przyszło wyczekiwać kolejnej imprezy tego typu, a mianowicie Gdyńskiego Ironman'a.


Podobnie jak w stolicy z pomocą przyszły nam żele chłodzące Polskiej firmy Alba Thyment. Jednakże w przeciwieństwie do wcześniejszych masaży podczas triathlonu nie była to nasza jedyna pomoc. Główną naszą bronią był bowiem lód. Tak, tak, taki zimny w kostkach jaki mamy w domach. Z tą różnicą, że nie mieliśmy kilka kostek, a kilka kilogramów.


Przyznam, że w Gdyni po raz pierwszy nie tylko usłyszałem o masażu lodem, ale również miałem okazję wykonywać taki masaż. Szczerze powiedziawszy było to dla mnie miłym zaskoczeniem. Wiedziałem, że rozgrzane mięśnie po zawodach lub intensywnym treningu dobrze jest schłodzić, żeby szybciej doszły do siebie. Jednakże nie myślałem o używaniu do tego lodu.


Nie tylko ja byłem zaskoczony masażem lodem. Większość zawodników również była zaskoczona tego typu kuracją oraz tym jak szybko pomaga ona mięśniom wrócić do siebie. Dzięki temu można było sprawnie wymasować ponad 2 tys. sportowców.

Ale mając nawet tony lodu sam bym nie dał rady sprostać takiej ilości osób w czasie 4 godzin. Wyzwanie jakie przyniósł Ironman, jeśli chodzi o masaż podjęło około 20 masażystów i fizjoterapeutów. Na 18 stołach do masażu przez dwa dni pomagaliśmy zawodnikom wrócić do pełni sił. Nie jest to łatwe zadanie, zwłaszcza kiedy masuje się około 20 osób jeden za drugim. Oczywiście to nie oznacza, że nie mogliśmy odejść od stołu, aby się napić czy coś przekąsić, a jednocześnie złapać oddech przed kolejnymi masażami. To właśnie dlatego organizatorzy starają się, żeby masażystów było zawsze więcej niż stołów. Funkcję koordynatorów pełnili Szczepan z Klaudią, którzy nie tylko sprawdzali czy mamy jeszcze siłę, ale również służyli radami jak możemy sprawnie masować. Dzięki temu zawodnicy byli mile zaskoczeni kiedy zapewnienia Szczepana się sprawdzały i już po niecałych 10 minutach przychodziła na nich kolej.


Zawodnicy oprócz masaży mieli również do dyspozycji baseny z zimną wodą. Była ona dobrym sposobem na spotęgowanie działania masażu. Tak naprawdę nie trzeba było nikogo namawiać ani na masaż ani na kąpiel w basenie.


Niektórzy zawodnicy tak spieszą się na masaż, że zapominają o tym, aby po wysiłku najpierw nawodnić organizm i dostarczyć im odpowiednich wartości odżywczych. Tak było i tym razem. Jeden ze sportowców był odwodniony i osłabiony do tego stopnia, że ledwo dotarł do leżanki. Niestety w takich sytuacjach bardziej potrzebni są ratownicy niż masażyści. Triatlonista po kilku minutach doszedł do siebie na tyle, że poprosił ratowników o... wódkę. Podobno na wzmocnienie ;)


Zawodnicy szukali orzeźwienia w masażu lodem i zimnych kąpielach, a masażyści w pysznej lemoniadzie, gdzie mieli do wyboru trzy kolory: żółty, pomarańczowy i niebieski. Mieliśmy również zapewniony obiad przez organizatorów. Nie przewidzieli oni jednak, że masażyści kończą później i nie załapiemy się na nic innego jak makaron. A szkoda, bo z tego co mi wiadomo były również inne dania do dyspozycji.



Nie mniej jednak z niecierpliwością czekam na kolejne Warszawskie 5150 i Gdyńskiego Ironman'a. 



Czytaj dalej »

Warszawa - Utracone Perły Architektury

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Udostępnij ten wpis:

Warszawa od zawsze kojarzyła mi się z „szarymi” biurowcami i tak zwanym wyścigiem szczurów. Zawsze powtarzałem, że mogę przyjechać do niej na kilka dni, ale nie w niej mieszkać. Pomimo wszelkich zarzekań przywiodła mnie tu praca. I tak od 4 lat, małymi kroczkami, poznaję naszą stolicę, jej piękno i tajemnice. Ostatnio miałem ku temu kolejną okazję, kiedy wraz z NatBlue wybraliśmy się do Parku Miniatur Województwa Mazowieckiego. Nie trzeba było mnie długo namawiać. Jako osoba, która pasjonuje się modelarstwem i fotografią makro, wiedziałem, że muszę tam być. Kiedy tam szliśmy nie miałem pojęcia, czego tak naprawdę mam się spodziewać. Wiedziałem jedynie, że makiety przedstawiają budynki, ale nie wiedziałem ani jakie, ani skąd.



Nie sądziłem, że ta wystawa zainteresuje mnie na tyle, że sam będę szukał dodatkowych informacji o eksponatach, których nie przekazał nam przewodnik. Makiety nie tylko pozwoliły mi zobaczyć, jak dawniej wyglądała Warszawa, ale również poznać miejsca, których już nie ma lub są w zmienionej formie. Przykładem takim jest np. Pałac Lubomirskich.



To była niezwykła podróż do dawnej stolicy, podczas której mogłem „zajrzeć na spektakl” do Letniego Teatru, który został zbudowany w 1870 roku, gdyż Teatr Wielki był w przebudowie. Wychodząc z ogrodu Saskiego, gdzie znajdował się Teatr Letni, warto na chwilę zatrzymać się przy grobie nieznanego żołnierza, który otoczony jest przez piękny neoklasyczny pałac, zaprojektowany przez Adama Idźkowskiego.






Idąc w kierunku Żelaznej Bramy można zobaczyć pracę, która trwa... a właściwie przerwę przy przesuwaniu wcześniej wspomnianego Pałacu Lubomirskich, odbudowanego zaraz po wojnie według klasycystycznego projektu Joachima Hempla. Będąc przy Pałacu grzechem byłoby nie zajrzeć do Gościnnego Dworu, aby zakupić świeże warzywa albo owoce, czy też inne dobra w dość niskich cenach. 

Tradycyjnie - Jeden pracuje, ośmiu patrzy

Ślad po odciętej oficynie


Ciekawe czy pan się wreszcie zdecydował


Przechodząc przez piękną Żelazną Bramę, która była zamówiona przez króla Augusta II w 1724 roku, można usłyszeć trwającą biesiadę w Wielkim Salonie, w dwukondygnacyjnej trójosiowej budowli o wysokości 21 m znajdującej się na osi saskiej.




Spacerując ulicą Królewską warto zajrzeć do budynku Giełdy Warszawskiej, która od 1876 roku mieści się pod dawną ujeżdżalnią. Idąc nieco dalej, ciężko nie zauważyć kamienicy Granzowej, zaprojektowanej przez Witolda Lanciego i mającej 6 kondygnacji, w tym antresolę oraz piętro ukryte w wysokim mansardowym dachu. Elementem, który łączy oba budynki jest brama.



Brama łącząca kamienicę i giełdę

Kamienica Granzowa


Ech... można się rozmarzyć, gdy tak patrzy się na te piękne eksponaty. A widząc takie dzieła architektoniki chciałoby się zobaczyć je w większej ilości, a najlepiej w rzeczywistości. Niestety, przypuszczenia twórców sprawdziły się i Park Miniatur można odwiedzać jedynie do końca września, gdyż władze miasta wypowiedziały najem budynku mieszczącego się przy Senatorskiej 38, nie udostępniając lokalu zastępczego. A szkoda, bo Gmach Domu Bankowego Wilhelma Landaua idealnie pasuje do klimatu wystawy. A sama wystawa porwała mnie na tyle, że z wielką chęcią jeszcze tam wrócę, by znów popodziwiać uroki dawnej Warszawy. 


Pałac Bielińskich w trakcie budowy


Gmach Domu Bankowego Wilhelma Landaua 
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia